wtorek, 17 grudnia 2013

czas świątecznej apokalipsy. jezus chrystus galeryjny. choinki miejskie, ładne lampki, które niby mają nas uspokoić - nieść światłość. ludzie kupują książki - jak dobrze żyć, jak wychować dziecko, jak uwieść mężczyznę, jak założyć firmę, jak schudnąć, albumy o sławnych ludziach ze sławnych filmów. kolejki, płacz dzieci, rogalik maślany za piętnaście złotych. miłość, błogosławieni w tramwajach, na ulicach tyle uśmiechów, na pasach kierowcy przepuszczają niepełnosprawnych, wszystkim czego chce na święta jesteś ty - w  każdym sklepie spożywczym, albo ewentualnie Seweryn Krajewski.
jestem częścią świata, którego nienawidzę.

sobota, 7 grudnia 2013

możesz mi powiedzieć że kończy się rok ale on jest przecież jak głodny szczeniak który od miesięcy nie dostał mleka prosi o wygłaskanie brzucha i nieprzerwanie wydaje dźwięki o takich słodkich częstotliwościach.

w kawałkach, na części, otwarcie świata, cząstki z naszych rozmów, kawałki piosenek, wyrwane moje serce.

wypite wino, prawie dwa oddechy złożone w jeden, a potem to już tylko przebyta choroba zakaźna, od kwietnia do grudnia zarażałam się bardziej i nie pamiętam co działo się w gwiezdnych międzyczasach; prawdopodobnie miliard razy poczułam ostre szarpnięcie w okolicach żołądka.

okaleczenie, stabilność obrazu, zawroty mojej głowy, twoje wielkie dłonie w których mieszczą  się drzewo i dziecko i moje dwie piersi.


niedziela, 17 listopada 2013

w połowie listopada łatwiej jest przytulać się do zmarzniętych szyb tramwaju numer dziewięć
który z takim samym uporem i zaangażowaniem od czterech lat zawozi w jedno miejsce

w połowie listopada czekam już na śnieg który chciałby poczuć ciężar twoich butów na mojej ulicy

w połowie listopada nie wystarcza już kołdra więc zakopuję się  w niebieskim kocu a kiedy boli mnie głowa myślę o twoich dłoniach na moim ciepłym brzuchu

wtorek, 5 listopada 2013

chodź
sprawdź wilgoć ciała językiem
chodź 
zapamiętać słodką aureolę  piersi
chodź 
owiń mnie wokół swoich ramion-gałęzi
chodź

wspinam się po tobie jak po drzewie
zawijam się między twoimi nogami
kładę się rozkładam rozplatam

czuły mech gładzisz dłonią

zamykasz mnie

wtorek, 15 października 2013

blisko bliżej
a przecież zawsze może być jeszcze bardziej. do rana możemy stać się dorośli a właściwie to ja mogę dorosnąć dzięki tobie za twoją sprawą z twoim przyzwoleniem dzięki twoim dłoniom
równoległe światy rozgrywają się na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów a chyba nigdy do nikogo nie było mi tak blisko
za dużo zdań złożonych współrzędnie padło w mojej wyobraźni a przecież żadna z ceremonii  nie mogła się jeszcze odbyć
nie dopuść do tego abym raz kolejny zderzyła się z ziemią bo dobrze jest mi myśleć tylko o emocjach mieć w głowie kilka scenariuszy przewidzianych na jedną okazję. bo przecież każda okoliczność jest dobra. i zima i wiosna i lato i jesień.
tracę swoje centrum wypracowane przez lata które tak dobrze utrzymywało mnie w życiu poza.
poza apokalipsą która doprowadza mnie do stanów zrujnowania burzenia chaosu i krzyku aż po cykliczne wzrastanie od nowa.

pozwalam sobie na widzenie podwójne 

poniedziałek, 7 października 2013

pewnie mogłabym ci już teraz powiedzieć że wiecznie zaparowane okna niezgrabione liście porozrzucane we wszystkich pokojach ubrania spowodowałyby nagły wstrząs moich wszystkich zakończeń nerwowych rozpocząć mocne bycie w świecie na swoich naszych nogach. bo to przecież gdzieś tam już jest zakopane pod warstwami niewypowiedzianych słów.
zwykłość i powszedniość. wiele znaków dziecinnie prostych o których nawet nikt nie chce myśleć nie chce brać ich pod uwagę
pewnie będziesz się śmiał kiedy powiem jak niewiele wiem niewiele umiem jak niewiele smakowałam jak nie umiem oddychać kiedy wyrywam siebie od zbyt dobrych myśli o tobie

czwartek, 26 września 2013

trzydzieści dziewięć

spierzchnięte dłonie i cała przemoc świata skierowana w jeden sercowy ośrodek mikrouśmiechy porozrzucane na ulicach a ty mówisz że czasami mam przyjemną twarz
drętwienie na policzkach     wczoraj odcisnąłeś linie papilarne swoich dłoni na moich plecach
wtedy właśnie spadły na mnie cztery tysiące gwiazd i czułam że moje ciało jest jak zamglone światło - gęste i pachnące mlekiem
nie ma już mojego apokaliptycznego strachu
schował się pod warstwami kołdry w której szukam oznak drugiego życia

piątek, 23 sierpnia 2013

życie zredukowane do dwóch kubków kawy z mlekiem
zmarznięte stopy po sierpniowych spacerach
powietrze mogłoby przypominać watę cukrową, ale jest raczej czymś w rodzaju szybiku, tunelu w którym ktoś chce się schować
tęsknota za dwuosobowym państwem
mała apokalipsa na chodnikach, które przykrywają pierwsze liście
idzie jesień, bo koty chowają się w poduszki.

niedziela, 18 sierpnia 2013

chodź ze mną na spacer. więc poszłam. trochę na kacu, trochę bolała głowa, ale było już ciemno, światła na ulicy znowu się zepsuły, więc mogłam wyjść z domu i przestać się bać, że ktoś mnie zobaczy. I tak jak wychodziłam kiedyś przez cały lipiec i sierpień, myślałam o tym, że za chwilę napiszę maturę i w końcu zawiążę się z inną przestrzenią i będzie lepiej, ładniej.
Ławki wymienili, remontują też plac na którym paliłam pierwszego papierosa, w sklepie w którym pani zawsze sprzedawała piwo nie pytając o dowód, ktoś wybił szybę, ale nadal jest z tej samej blachy, nadal docierają tam pielgrzymki gimnazjalistów.
Tylko teraz wszyscy chcą już rozmawiać o ślubach, dzieciach, gipsowaniu ścian w sypialni, wakacjach nad morzem.
Ciekawe ile razy można popełnić ten sam błąd. Odciąć się od ludzi i miejsca. A potem tego nawet nie żałować, bo dla wszystkich jest się tylko okolicznością przejściową, koleżanką, która kiedyś wyglądała najpoważniej żeby kupować piwo, a teraz można jej zadać tylko cykliczne pytanie, jak amen w pacierzu, trochę z politowaniem.
A na dalszych etapach właściwie jest tak samo, no, tylko może z mądrym cytatem w wiadomości.

środa, 14 sierpnia 2013

dziesięć tysięcy ton małych, rozproszonych wspomnień powraca z wielką prędkością. na moje łóżko, które jest jak Matka Boska Nieśpiąca. Chowam się i modlę. Nie chcę tracić kontroli. Wylewam się i mieszam.

piątek, 2 sierpnia 2013

gdzieś tam splecione palce wyraźniejące obojczyki dwa moje i dwa twoje ciche mruczenie kota a za oknem kołysze się pachnąca wiśnia stukłam butelkę z trzema słonecznikami. na drewnianej podłodze ślady dużych stóp i koniec dnia który odbija się w otwartym oknie. osiedliliśmy się nad rzeką bo przecież nie lubimy ludzi.

sobota, 20 lipca 2013

bez sensu i zimno jest mi tak na odległość i bez ciebie w lipcu

a potem porąbiesz moje łóżko i napijemy się kawy


środa, 17 lipca 2013

Wydarzyło się więcej niż mogłam sobie wyobrazić.
Małe, czerwone poziomki przypomniały mi czas o którym przestałam już wiedzieć.
W książkach każdy mężczyzna ma brodę i duże dłonie.
Oglądając głupie teledyski zastanawiam się, czy autorzy wiedzą, że Proust pracował w pokoju obitym korkiem, albo czy w ogóle wiedzą, że istniał ktoś taki jak Proust.
Lody mocno czekoladowe są jednak najlepsze.
Lipiec powinien być miesiącem przymusowej emigracji z miasta na wieś.
Zastanawiam się, czy powinnam bardziej eksponować swój mózg, czy może jednak cycki.
Chciałabym ci uprasować koszulę, upiec prawdziwy chleb na zakwasie, i nie martwić się, że mój brzuch nie jest najdoskonalszym brzuchem świata.

sobota, 13 lipca 2013


i to jest ten moment, w którym wypadałoby zacząć żyć trochę bardziej serio 
 p o m o c y 



wtorek, 18 czerwca 2013

jeśli przyjdziesz i zabijesz wielkiego pająka, który ukrył się za szafą, to będziesz mógł  już zostać. 

sobota, 15 czerwca 2013

za rękę mnie weź jak mały szczeniaczek otul ciepłotą języka i schowaj się w pluszu moich wszystkich włosów zdejmij ze mnie okropność świata i niewdzięczność ludzi chwyć w miejscach najbardziej bojących i nerwowo wygładzanych przez zawstydzone dłonie
niech wszystko raz rozpocznie się i zakończy na obojczykach w zmęczonej pościeli albo gdzieś na końcu ciepłego miesiąca w wykopanej jaskini w grobie moich wszystkich lęków gdzie mnie zasypiesz żółtymi listkami słoneczników i ja już tam zostanę  w cieniu starych drzew pod osłoną twoich ramion puszczających korzenie do mojego podbrzusza i będę mogła się rozproszyć zejść cicho w znieczuleniu w płaczu w jaskrawości źrenic ukołysana szeptami
drżącymi opuszkami palców







                  MITOLOGIZACJA RZECZYWISTOŚCI 
                                            

piątek, 7 czerwca 2013

'czasami poezja pozostawia dużą przepaść pomiędzy dwojgiem ludzi'

jest już czerwiec i robaki wpadają mi do pokoju przez okno bardzo natrętnie to robią ale nie zabijam tylko straszę
jest już czerwiec a ja słucham bona ivera a myślałam że z nim można stosunkować się tylko późną jesienią i zimą - widać można też prawie latem słuchać piosenek mężczyzny z brodą który pewnie ma zawieszoną siekierę nad łóżkiem łóżkiem jak pastwisko a w wolnej chwili kastruje koty i kładzie swojej dziewczynie dłonie na brzuchu
jest już czerwiec a ja mam trudne egzaminy z poetów którzy dotykają porannych chodników rzygają do zlewu uprawiają seks analny z nieletnimi udają pewnych siebie na spotkaniach autorskich wydają książki w ascetycznych oprawach starzeją się i myślą że ktoś ich jeszcze kocha

jest już czerwiec a my się wciąż chcemy poznawać

jerzy pilch powiedział mi dziś że jak Jej dotykał to zredukował się do własnych dłoni.



niedziela, 2 czerwca 2013

bo to będzie lato
i będę w nim ja
twój stary scyzoryk
zimne mleko na śniadanie
ciepłe dwa ramiona
rozkołysane jak górska trawa

i będzie ostry chłód strumieni
wilgotny namiot
ktoś ześle nam słowika
i będziesz się uśmiechał,
że możesz dotykać tych wszystkich miejsc

zupełnie niedotkniętych

nauczę się spokojnych gestów
dobrych słów



piątek, 24 maja 2013

panismutnaniesmutna

a kiedy tęsknisz to wszystko boli. i nie wiesz co jest gorsze bo jak się tęskni w ogóle to jeszcze można to znieść albo przenieść emocje dalej w obrazy muzykę słowa i inne że niby poezje ulubione cytaty. a jeśli tęskni się do kogoś kto ma prawdopodobnie ciało i wnętrze rozdarte na kilka części uśmiech i oczy ładne to jakoś gorzej bo tęsknisz bez cytatów i innych punktów odniesienia bez porąbań w głowie tak wielkich jak ma to miejsce w twoich zwyczajowych i codziennych czarnych dupach depresjach i tak dalej. a tęsknienie ciałem odbywa się rytualnie u ciebie i raczej z rzadka bo nie masz do kogo więc musisz sobie wyobrazić. może spadł mi też cukier bo zjadłam wczoraj całą czekoladę a potem z wielkim wyrzutem sumienia sprzątałam papierki. cały maj spadł mi na plecy i bardzo mnie one bolą. cały świat chciałby się zamknąć w kilku ciepłych miesiącach, w dwóch ciepłych ramionach, w jednym małym słowie, w smutnych pogubionych tak doskonale pięknych dłoniach które są jak z obrazka bo składają się ze wszystkich potrzebnych do mojego osobistego szczęścia elementów.
 a potem niech wszyscy i wszystko się pierdoli i raz będę mogła powiedzieć nie mam czasu zajęta jestem godzinę później godzinę wcześniej wtedy mnie nie będzie wtedy wyjeżdżam wtedy może wrócę ale to nic pewnego sory ale nie bo muszę jechać nie nie nie nie może za tydzień przepraszam nie odpisuję bo nie jestem sama przepraszam ale robiłam śniadanie i zjadłam je z człowiekiem nie z komputerem przepraszam ale mam plany na wakacje przepraszam pierdolcie się wszyscy bardzo serdecznie. 

piątek, 10 maja 2013

chciałabym w końcu - od tak bardzo długiego niepisania o czymś ładnym, napisać coś ładnego, co nie byłoby preparowane alkoholowym powietrzem, tytoniowym kapciem w  ustach,czegoś co nie powstaje w okopach zdejmowanych kilka godzin wcześniej ubrań, pośpiesznie zrzucanego stanika, wymiętej spódnicy, porozstawianych po pokoju butach. wszystko ostatnio zapętla się do późnych powrotów, skrupulatnego wmawiania sobie, że o pierwszej w nocy, świat wygląda piękniej. budzę się i mam na sobie ciężar obowiązków, których tylko przybywa. jest maj, następuje stopniowe ocieplanie emocji oraz nagłe przewroty w wyobraźni, która od dawna, nie była tak eksploatowana jak teraz.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Łyżka Barbary Radziwiłówny

bardzo cię tam brakowało - słyszę. i widzę szczery uśmiech przyjazny dobry  a potem więcej uśmiechów w tym papierosowym powietrzu

kilka osób z którymi piwo smakuje najlepiej parapet w kuchni jest miejscem najlepszym najdroższym i najbardziej właściwym o drugiej w nocy

lubię z wami śpiewać drzeć mordę jak wariatka lubię wracać bardzo późnymi nocami po bardzo pustym mieście które jest wtedy jak bezbronne dziecko i chyba płacze
lubię patrzeć na most który świeci jak sakrament i trzymać na głowie pluszowego misia który tak bardzo jak ja chce się kochać nawet na głównym skrzyżowaniu ulicy

moje wracanie będzie wracaniem po coś - myślę i wierzę

ktoś przymierza bluzę i dzwoni po pizze jest tak dobrze że aż nierzeczywiście otwieramy wszystkie okna i słuchamy piosenek które są tak prawie tylko dla nas i o nas.

lubię czekać na autobus nawet wtedy kiedy już prawie zasypiamy na ławce

- patrzę podejrzanie na ludzi na przystankach boję się że każdy z nich ma nóż i chce mnie zabić a ja umrę nim moje życie naprawdę się zaczęło a przecież właśnie staram się myśleć dobrze

i wszystko jest łatwiejsze bo jest wiosna i dużo czasu który jeszcze jest nasz

(czekasz na moment w którym możesz mówić chociaż się boisz cały czas się boisz)

w takie wieczory zdejmuje się twarze i wszystko jest przecież tak łatwe dostępne i ugłaskane

jutro zjem zupę w rodowej zastawie królowej polski 


(chciałabym zapisać każdy z obrazków i nadać im coś co nazwać można nieśmiertelnością ale przecież tego nie da się zapisać opowiedzieć i zeskrobać z pamięci)

czwartek, 25 kwietnia 2013

środa, 10 kwietnia 2013

rozgrzeszenie

obolały naskórek trzęsienie ziemi o drugiej w nocy powolne umieranie od dwudziestej pierwszej kolorowa rzeczywistość zakłamana jak wybielony serial jesteśmy młode piękne i niczego się nie boimy lubimy też wyznawać sobie miłość a potem łapać się za cycki
dojrzałość wieku poetyckiego
ładne kieliszki i podłoga pełna przytulania wszystko wyciąga do ciebie ramiona i mówi jak bardzo jest dobrze
przez chwilę kocham świat i czuję że może jednak na czymś mi zależy
przez chwilę lubię wyobrażać sobie ciepły lipiec
śmiech przez łzy
błazenada który wszystkich bawi a mnie roztrąca od środka bo tylko wtedy czuję się coś warta
kiedy mnie przytulasz ty i ty i ty i nie ma znaczenia kim jesteś jak się nazywasz czy masz kota i czy lubisz zapach sierpniowych ulic
uczucia wylewają się jak z wielkiego gara to już ekshibicjonistyczna rzyganina
boję się swoich zwierzęcych instynktów i tego że tylko wtedy jestem prawdziwa i coś warta
kocham cię i ciebie też kocham kocham cały świat siebie kocham i kocham ułomności wszystkiego co się rusza żydów murzynów niepełnosprawnych narkomanów pisarzy gejów lesbijki które płaczą

wypal ostatniego papierosa skłoń się na chwilę i już nie wstawaj nie różnisz się niczym od typowych ludzi w swoim wieku chociaż czasami myślisz że jesteś wyjątkowa

a potem trzeba jechać windą na czwarte piętro cicho żeby nie budzić ochlapać twarz wodą i zmyć oczy spojrzeć w lustro i wmawiać sobie że kiedyś nastanie taki czas w którym młodość nie będzie tak bardzo parszywa i śmierdząca



gorzkość pustego tramwaju i gorzkość pustego powrotu
samotność nie ma żadnej wartości

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

odchodzę po trochu

nie wypada, to nieistotne, to tylko chwila.
nie wypada z takim samym zaangażowaniem opowiadać o wszystkich nienawiściach dla świata.
chłód obok setek kilometrów
tęsknienie i zastój w pokoju                    w którym nie ma powitania.
a potem jest kwiecień,
a ja nie umiem już dłużej cierpieć,
znosić wszystkich, których nie umiem już bardziej poznawać.

odchodzę po trochu.

oczywiście że nie ma miłości

poniedziałek, 11 marca 2013

we wszystkich częściach
i z każdej strony
projekcja doskonała
na miarę doskonałości życia. 

i każdy moment osobno
środkowy
szczególnie staranny.
i ciepły - 
jak zapach chodników w sierpniu

sobota, 2 marca 2013

nie chcę mówić wam dzień dobry

to niepokojące, że iksów można słuchać w sobotę rano. po jajecznicy, kawie i przed pierwszym papierosem. to niepokojące.
trochę nie mam emocji, trochę się ich wstydzę. trochę nieodwaga, trochę tak jest wygodniej, trochę frustracja, trochę wewnętrzne rozwalenie po miłych wieczorach i samotnych powrotach.

(ta piosenka w ogóle tutaj nie pasuje. ale łączy mnie. jedyną, niezwykłą nicią porozumienia. z kimś ważnym i o podobnym środku. to w pakiecie z tym balkonowym papierosem. który się jeszcze wspólnie nie wypalił).


wtorek, 26 lutego 2013

chciałabym schować w tobie wszystkie nieśmiałe słowa. zamknąć się raz i na zawsze. nie powiedzieć już nic więcej. tylko czuć. z jednym wielkim oddechem. potrzebujemy przypadkowego spotkania, które nie będzie okupione błagalną modlitwą. jest tyle szczęśliwości wokół. ciepła i splotów słonecznych, splotów kostek, splotów dłoni na kuchennych blatach, splotów ramion, splotów porannych i nocnych. przytuleń niekoniecznie cielesnych. i wiosny mimo marznięcia. jesteśmy osobno od zawsze. pusto jest mi w ciepłej sierści kota, w zdaniach niedokończonych, niewysłanych piosenkach, nieuśmiechniętych wargach, niedotkniętych miejscach, zagłębieniach, treściach pozbawionych czułości. smutnieję, czuję to w sobie. a wiosną herbata i koc przestają być dobrym usprawiedliwieniem bezradności.

wtorek, 19 lutego 2013

chodźmy spać.

nasze pokoje są naszymi wyspami. i bardzo często są bezludne. niezamieszkałe i puste. porażają surowością ścian i brakiem akceptacji wszystkiego co nie jest martwe i twarde. szyby stają się mętne, podłoga jest jedyną gwarancją bezpieczeństwa, jedyną rzeczywistością, której można dotknąć, której nie trzeba się obawiać. pusty kubek. dziesięć pustych kubków. strach. muzyka. próba oczekiwania na jutro.

chodźmy spać. chodźmy.

niedziela, 17 lutego 2013

jestem spadochronem

Nie potrafię już przywoływać w pamięci tego ciepła. I dłoni na mojej kostce, która była tam tak bardzo krótko, że właściwie mogło mi się wydawać. Nie potrafię wyobrażać sobie, jak to jest nie zasypiać samemu. Nie potrafię wytłumaczyć sobie prosto, racjonalnie, rzeczowo, że życie bez ciepła uczyć skierowanych w moją stronę ma wartość. Szlachetne inicjatywy, rozmowy z ludźmi, którzy potrafią rozmawiać, wartości, które staram się zmaterializować, intelektualny postęp, praca nad sobą, codzienna dbałość, kupowane książki, sekwencje małych kroków, irracjonalność zapitych nocy, próba kolekcjonowania zdjęć, smutnych piosenek. Nic. Rzyganie tu swoim nieudanym życiem emocjonalnym, cholernym brakiem akceptacji, sprawia, że jest mi ze sobą z dnia na dzień gorzej. Wszystko to paraliż oczu, na nic słowa o dobroci i wartości. Nie mogę już przetrawić tych życzeń z każdej okazji, o jednej treści. Ciepłych, ale mdłych. Gdy powtarzam nie wierzę, widzę tylko politowanie, bo przecież to strasznie niedojrzałe, mówić tak w tym MŁODYM, PIĘKNYM, RADOSNYM wieku. Trzy lata studiów rwą się jak pajęczyna. To kruchy czas, który sprowadza się do tęsknienia. Jedno łóżko, jedna ściana, ten sam koc, którym raz jeden  przykryły mnie inne dłonie. A najbardziej dotkliwy jest ruch wszystkiego wokół. I kontrast wrastania w coś bez wartości. Jeśli dodać do tego przypadkowość szczęścia, które czasami przecież może się nie wydarzyć, to może lepiej gdyby Ziemia znajdowała się jednak w innym miejscu.

czwartek, 14 lutego 2013

Miłość jest dla mężczyzny jednym z kilku obszarów jego duchowej aktywności. Dla kobiety bywa wszystkim. Czy tak było z nami? Nie do końca, ale... Wiem, że to dziś niepopularne. Mężczyzna służy Bogu, kobieta Bogu w mężczyźnie. To Milton w Raju utraconym.

Mary Ellen Tyrmand

środa, 13 lutego 2013

jest po dwudziestej drugiej. rozpoczynam zamarzanie pod kocem. zamarzam, bo dziś jestem trzeźwa.

niedziela, 10 lutego 2013

nowa lokalizacja nie musi być doskonała nie musi być tak jak na tych zdjęciach które mam nadzieję w ogóle nie istnieją tylko się wydają ciężko jest nawet wyobrazić sobie że istnieją takie konstrukcje powietrza  kolory ścian wytrychy w połączeniach nerwowych kształty ciał  intensywności w źrenicach to nie może być prawda nie taka  której można dotknąć
jak w suple  jesteśmy coraz bliżej ja i coś co wymyślam  każdego dnia  opowiedziana historia wydaje się nie mieć końca  tak bardzo naciska mi na każdą z części ciała że obawiam się wybuchu  a może już tylko jego oczekuję.
coś jest bardziej zimą to z pewnością możliwość wyboru struktura tej obcej powierzchowności naskórka który nie chce opuścić nawet wiosną zima trwać będzie cały rok nie możemy zakwitnąć  coś tak bardzo nie pozwala wrosnąć nam w siebie.
nawet nie potrafię dojrzeć lokalizacji  bo nie istnieje nic poza metrem do przodu coś na dwa wyciągnięcia dłoni  coś jak dwa ciepła oddalone od siebie
to mogłoby być jak w wilku stepowym  jak w tym wierszu  którego nie pamiętam  bo zgubiłam tytuł jak w cmentarzach jak w trzech kolorach  jak w piosenkach i dymie z  papierosów bo tam tylko szukać można  prawdy miłej w dotyku mniej obcej  mniej zimnej
a od jutra trzy tygodnie kilka cyfr więcej stron i pisania  mniejsze apokalipsy

 powrót. dwa i dziewięć. i już nie musisz mnie trzymać.

                                     ta powtarzalność, nieznośny rytm
refreny świtów, porannych kaw, to prasowanie zagnieceń fałd, którymi noc poorała twarz.


wtorek, 5 lutego 2013

chodź,
to powiem ci,

że chcę mieć z tobą kota, pizze w piecu i parapet pełen zapachów w małych doniczkach.
chcę mieć z tobą materac na środku pokoju, smutne piosenki, czerwoną pandę i książki, które niekoniecznie muszą rozumieć innych poza nami. i wspólny sweter na zimę. też chcę mieć. i też z tobą. 

niedziela, 3 lutego 2013

wszystko już dawno zardzewiało zdechło w mojej pamięci wywróciło się na drugą stroną nie mam już czym szukać i za co łapać. wszelka ciepłota została gdzieś na zewnątrz. i już jest luty i już prawie jest mi normalnie bo to znowu była tylko chwila. ciężko jest być kołem ratunkowym wyjściem awaryjnym zastępczą pocztą e-mail niechcianą książką kacem następnego dnia. jeśli nawet tylko mówiły piosenki to zawsze było to bardzo subtelne i dokładnie zgrane z krajobrazem za oknem. może tym razem zakwitnę na wiosnę jednak ktoś ma zawsze inne plany do których nie lubi mnie wpisywać.

dwadzieścia dwa to ładna liczba. i taka podwójna, sparowana dziwacznie. same dwójki w miesiącu wyjątkowym. niech ta podwójność się zacznie i trwa.
nie umiem milczeć.
widziałam cię dziś przez chwilę, gdy otworzyłam oczy - myślałam, że jeszcze nie zasnęłam.

ostatnio było dobrze, bo intensywnie i jakoś bardziej realnie.
dobrze, że tutaj nadal mogę mruczeć.

środa, 30 stycznia 2013

dzień dobry. dziś mówię, że w rzeczywistości jestem ładniejsza. i ty na pewno też. tak zauważam, tak myślę. bo człowiek chce się tylko zakotwiczać. każdego dnia intensywniej, mocniej. w tej pośredniości znaleźć coś stałego, co pozwoli wnieść się na wyżyny emocjonalnego spokoju. tu... jesteś jak wieża. nie masz zakończeń nerwowych, twarzy, bijącego plusu, który rozrywa i niesie zapach. nawet nie wiem, czy jesteś nagi, gdy zapisujesz się na śmierć i uważasz, że to jest dobre, łagodne, znaczące. nie masz głosu. nie możesz mnie dotknąć i zobaczyć jak się świecę, zmieniam kształt.

tu nie jest nam dobrze. nigdy nie będzie. jest chłodno. nie ma ramion.

niedziela, 27 stycznia 2013

jestem w twojej koszuli.
dziś rano,
czekasz na kawę
i papierosa, którego wstydzę się przy tobie zapalić.
często się wstydzę.
tego, że jesteś obok też.

sobota, 26 stycznia 2013

jestem człowiekiem z problemami internetowymi.
poznań przed trzecią w nocy wygląda przyjaźniej -
- jak małe dziecko, które chce przytulenia.

środa, 23 stycznia 2013


proszę zacznij do mnie należeć rozłóż się na poduszce tak jak rozkłada się powietrze miękko i bezboleśnie zostaw kształt odciśnij się pośród naszych oddechów  odpal ode mnie papierosa i zobacz jak cichym jękiem oddaje ci swoją niepewność  odznacz mnie  zabierz niedosyt i schowaj go aby nigdy już nie był na wyciągnięcie ręki  stwarzam cię  każdego dnia jesteś coraz cięższy  ale nie stajesz się dzięki temu wyraźniejszy  to ciągle jest jaskrawość  nieśmiały pomruk  każdego dnia blue monday i tak bardzo smutne piosenki – jak ja  nieskończona liczba tramwajów  połączeń nerwowych i zimy  otaczasz mnie  gładzisz po włosach  gdy zachodzi słońce nad jeziorem rozsypujesz mnie dla ciebie chcę być tylko całością nie potrafię tak bardzo mnie bolisz tak bardzo chcę się na tobie zatrzymać narysować ci w powietrzu serce bez kształtów i pokazać ci się we wszystkich trzech wymiarach

wtorek, 22 stycznia 2013

jestem powierzchownością i do nikogo nie należę. w moich zdaniach nie ma uczuć. w słowach nie mam emocji.
 jestem powierzchownością. 

dziś minął nam rok. to najbardziej potargany rok. prawdopodobnie rok z życia. przykro mi, ale za rok o tej porze, wolałabym nie pamiętać do ciebie hasła. 
to dziwne, ale z chwilą uświadomienia sobie czegoś z większą intensywnością, złożenia tego w jedną masę czasu (?), wszystko jakoś bardziej uwiera. 

niedziela, 20 stycznia 2013

coś się plącze po głowie, chodzi, nieznośnie zasiada do każdego posiłku i jęczy. czuję ten ciągły hałas, w każdym momencie, gdy bywam tu i tam - a najczęściej to w sobie. dzieli się ten rok na dziwne jednostki. że niby każda z nich coś znaczy? chciałabym. a ja najwięcej znaczę jako córka - to wiem na pewno i to jest dobre. choć jedna ze sfer mojego warstwowego (jednak) życia - jest i jest tak cudownie piękna.

a ja cięgle chciałabym przyrosnąć do kogoś innego i zacząć budzić się z innym oddechem i w innym otoczeniu. mieć jakieś nerwowe połączenia, mieć świat intymny nie tylko ze sobą samą, móc wysłać piosenkę, łagodną grafikę, pogłaskać po włosach i być głaskaną, i podać ci kota, wyprasować koszulę, zrobić z tobą najlepszą pizze świata, jechać w góry i czytać książki na niebieskim kocu, pójść do kina i mówić o tym, czego wstydzę się najbardziej.

dlatego porównuję - wielkość dłoni i długość nogi. potem sprawdzam jak wysoko są oczy, ile centymetrów potrzeba, żeby zrobić ci przykrość. potem się zastanawiam, czy masz książkę w torbie, ile warstw emocjonalnych w których mogłabym kopać, zawsze znajdować coś nowego, co do końca świata pozwoli nam myśleć o  siebie ciepło - a przecież wiem, że to możliwe, bo patrzę na to całe swoje życie.

nie lubię siebie teraz. i wiem, że jeszcze jakiś czas to potrwa. nic mi jeszcze nie powiedziałeś, więc nie mogę wierzyć w to, że jestem wystarczająco dobra.

chciałabym móc sobie kiedyś powiedzieć, że w czasie - jednak moich -  lat tutaj...

 zostało coś jeszcze. poza wami, bo bez żadnych deklaracji (chociaż czasami je składacie) - wiem, że będziecie. i poza książkami, które od zawsze znaczą wiele.

czasami tylko martwię się, że już od trzech lat staram się polepszyć siebie. w ten sam, smutny sposób.

wtorek, 15 stycznia 2013



śnieg pozwolił na przykrycie niedostępnych i ciągle jeszcze wyobrażanych emocji. możliwe, że je zamroził. zabrał na chwilę.  nawet jeśli mam w kalendarzu rozpisane egzaminy i rozkład dnia,  to i tak wszystko jest dla mnie czasem niedokonanym. niedokonanych myśli i słów, wiary i tęsknoty, które też nie mogą się dokonać - mogą się jedynie wyobrazić. dziś, nie tylko dziś, ale dziś o tej właśnie porze i w tej poznańskiej rzeczywistości, potrzeba mi miejsca na intymność. zamkniętego pokoju o ścianach z plasteliny i o słodkim zapachu niepewności. metr kwadratowy szczęścia, bez cenzury emocji. za chwilę, znowu będzie odwilż. czuję to. dlatego bez przerwy odświeżam piosenkę i śpiewam ci:  I know places we can go babe. Don't ask me when, but ask me why.
Dont ask me how, but ask me where.a potem skradam się jak kot. znowu jest cisza. a ja nie wiem czy mam dla kogo tęsknić i czy mogę zacząć proces wiosennego zakwitania zimą. 

taka bardzo zielona trwa, lekko martwa od tysięcy stóp, niebo bez chmur, sierpniowe i moce, koc zupełnie pozbawiony realności i dobiegająca zewsząd muzyka, byłyby dla mnie największym szczęściem tego życia. największym spełnieniem, gdybym mogła tylko oprzeć się o ciebie i poczuć tętniące ciepło lata. pierwszy raz, móc się na tobie zatrzymać i zamknąć oczy. 

sobota, 12 stycznia 2013

po tym jak Ona napisała do Niego to nic, prawdopodobnie już nic nie było tak samo. i tak się więzili na pachnących, literackich papierach, męczyli palce odbijając litery na ciężkich maszynach, zasypani dobrą literaturą tamtych czasów. bo to jest zawsze taki skandal, jeśli Ona powie, że szuka Przewodnika, Mistrza i Mentora - najgorsze jeśli Ona jest dobrą gliną, to wtedy wiadomo już, że zdarzy się najgorsze. pozostał stos listów, zdjęć, myśli o sobie powiązanych każdym z możliwych sposób. i kiedy czekać musiała, bo poczta lotnicza lub zwykła - spóźniła się, i ten list przyszedł dopiero trzy dni po. i nawet jeśli pocałunek był mokry a uścisk niedźwiedzi, to cały czas myślała, czy ta sukienka na pewno się Jemu spodoba, czy zechce ją zdjąć, zerwać, pognieść. i zastanawiała się, czy na pewno nie czytał tej książki, że tak serdecznie dziękuje za jesień w Nowym Yorku i spacer ulicami dawnych bogów. każda rozmowa, aż do śmierci była ważna i każde zdjęcie, było uśmiechnięte. On sam nie wiedział kiedy zobaczył w niej żonę, na pewno jeszcze przed ślubem. nigdy też nie widział w niej córki, a przecież mógł.
Mary Ellen, dziękuję Ci za tak bardzo kobiecą emocje uwięzioną w słowach (później - również w życiu). I za to, że także miałaś kota i nie lubiłaś feministek (zapewne nadal ich nie lubisz).

wtorek, 8 stycznia 2013

krzyczę, mówię, śpiewam, piszę, myślę

Proszę Pana, czy ja mogę położyć głowę na Pana ramieniu?
Dziękuję.
Bo widzi Pan, ja nie mam wielkich marzeń - wystarczy Pana ramię, albo dwa.
I jeszcze dłonie, bo wie Pan - nie mam co ze swoimi zrobić.
Więc może razem je zamkniemy, proszę Pana?

sobota, 5 stycznia 2013

wkradło się uczucie zobojętnienia wymierzone wprost we mnie. 

a wczoraj przez chwilę było tak dobrze. prawie jak kiedyś. 

środa, 2 stycznia 2013

w kocie zawiera się największa treść

weź mnie w dłonie i głaszcz. schowaj do szuflady i wyjmij w dobrym okresie na wspólne jedzenie truskawek. zrób tak, żebym się zjawiła na macierzystej planecie ludzi, żebym przestała rozrywać się z każdym widzeniem podwójności, łóżka i dłoni. żebym przestała widzieć ciebie w każdej piosence, wiadomości, nowym zaszyfrowanym okryciu, bo czuję, że szaleję jak moje koty w sylwestra o północy. żebym przestała się modlić do boga, który nie może istnieć, bo musiałby być jak na tych zdjęciach - słodki i pozbawiony okrutności. za chwilę będę większa od Prousta, bo napiszę więcej i mocniej o tym jak mi jest słabo od teraźniejszości.
pod koniec tygodnia zacznie się kolejny rozdział współżycia emocjonalnego z przestrzenią, która zdaje się być czymś na podobieństwo papierowej obietnicy.

 zobaczysz, tak się stanie

wtorek, 1 stycznia 2013

śmierć w nowy rok mogłaby być bardzo spektakularną śmiercią,
bo jeśli w perspektywie ma się następne bardzo chujowe dwanaście miesięcy, to wszystko może być bardziej spektakularne od tego co jest aktualnie zapisane na kartce, która przypomina mi, że w piątek wzywa mnie Poznań. (a mnie się tak bardzo tam nie chce) I to  będzie dobry piątek, bo wyjątkowy. Jeden z fajniejszych piątków w ogóle, taki na który się czeka. A po wczorajszym poniedziałku to już każdy, następny dzień tygodnia będzie lepszy.

a wracając do tematu emocjonalnych śmierci - to myślę, że stały się one jakoś modne w ostatnim czasie. za chwilę minie rok od mojej własnej i może nawet kupię sobie z tej okazji prezent.
nie mam chyba żadnych postanowień, to źle? za chwilę sesja a mnie raczej bliżej do ekshibicjonistycznych rzygowin niż owocnej nauki. byłoby fajnie, gdyby to była (przed)ostatnia sesja w tym smutnym mieście na pe. boże, zabierz mi kawałek mojego mózgu, bo w tym roku chciałabym żyć jak debil.
pozdrawiam tych, po których niebie skaczą jednorożce na różowych tęczach.
*_**_*
zacznę liczyć ile razy w tym roku wstałam dwiema lewymi nogami - raz.