Więc nie chcę już czekać, pielęgnować obrazów, nie chcę składać słów i oczekiwać od nich wyjścia poza kolejne granice a wejścia w rejestr wyobraźni i przewartościowania emocji. Chcę to zapisać chaotycznie, chcę urywać zdania i wybierać tylko skaczące elementy, które najtrudniej jest oswoić.
Dzień był już przekroczony, od świtu odmierzał się sam - bez uciążliwych próby panowania nad czasem. Weszłam weń pewna tego, że ukaże mi się inny, bardziej soczysty, lepszy, wypędzony z nudy, nieśmiały. Trwał we mnie od bardzo dawna i każdym fragmentem skóry odczuwałam bliskość i związek z wydychanym powietrzem. To pewnie przez niepewność, którą precyzyjnie odkładam na dole żołądka i nie mogę strawić. Ale ten dzień - który był już przekroczony nie dał mi powodów do zatrucia, do zatęsknień i zaczekań, do włączenia smutnej muzyki i odłożenia na później obowiązków - ten dzień nie naruszał mojej autonomii i mojego chronicznego zapalenia.
Brudne szyby i śmierdzące zasłony - jeszcze sprzed wyładowań politycznych, wcześniejsze szybkie przetransportowanie - by zostać 'opamiętaniem' a potem to już tylko zasysanie zdarzeń i mentalne zatrzymywanie wskazówek - żeby jeszcze, na chwilę móc słuchać i patrzeć. Pociąg się rozpędzał i być może przekroczyć miał nawet moje domysły. Wilgotna trawa i niebo porozrywane na kawałki - to gwiazdy - pomyślałam i szłam dalej, cicho, tak aby nikt nie zauważył moich sklejonych oczu. Zapach - surowy, żywiczny, drewniany - trochę cierpki. Stopy uruchamiały dźwięki, dłonie odciskały kształty w plastycznym powietrzu - one już tam chyba zostały. Te kształty - tak myślę. Słońce i niebo, słońce, niebo, świat, słońce, niebo, świat, ja, słońce, niebo, świat, ja, przestrzeń panowania nad słońcem, niebem, światem i sobą. Mam otwarte ramiona i próbuję cię objąć. Jesteś daleko - zamykam oczy, jesteś małym punktem pośród zieloności, już cię dotykam. To takie proste. Czuję, że dam radę istnieć bez skutków ubocznych dla otoczenia. Zatrzymanie, rejestracja dźwięków i kształtów. Odnotowałam, zjadam dalej, połykam, zachłannie mielę językiem, na zapas, żeby wystarczyło, na długo, na zawsze, dla wspomnień, dla siebie. Pachnie dymem, jest wcześnie - ale on mi nie przeszkadza. Wypełnia estetyczną luką między nami. Wypuszczasz go z ust, ale za każdym razem jak przechodzisz to go czuję. I czarną kawę. To zabawne - uśmiecham się do siebie.
Kolejne spotkanie, zderzenie z wyobrażeniem, które ostatnio osiągnęło rozmiary wielkiego miasta. Nie wiem co myśleć. Mam zakłócony kontakt z rzeczywistością. Umysł jest lekki i podatny za zawroty. Uspokajam się - ona mnie uspokaja. Dziękuję, po raz kolejny. Idziemy dalej, a ja widzę wersy ze Stachury. Małe, żółte kwiatki i szum, który zupełnie absorbuje. Przyjdź do mnie jawnogrzesznico, będę cię rozbierał powoli na wszelkie nadzieje kolorów i zespolenie, może zakwitniesz nad ranem piękną duszą słonecznika.
Dzień, który był już przekroczony zdawał się wynagradzać mi ostatnie miesiące. Podświadomość nie szukała już po omacku pozostałości ze stycznia.
Zobacz jak tu cicho, zobacz jak nie jestem już rozerwaną cząstką atomową a integralną częścią powietrza. Tak, to soczewka - skupiła w sobie niegdyś rzuconą i porozrywaną kliszę.