na progu tego domu poczułam bardzo silną chęć złożenia myśli w słowa, a przecież przydarza się to teraz tak rzadko. jest mi trudno nie zamieniać wszystkiego w banał, kiedy wszystko jest tak prosto i banalnie piękne. kiedy na górskim szlaku podajesz mi rękę i mówisz, że w tym strumieniu szukałeś drobnych na paczkę papierosów, kiedy pokazujesz uwięziony w butelce płyn, który podobno miał być winem, a stoi w pokoju już tyle lat, kiedy zdejmujesz wypastowane buty i ubierasz rozwalone adidasy, kiedy pokazujesz mi obrazy Witkacego, prowadzisz do muzeum po zejściu z górskiego szlaku, kiedy opowiadasz o książkach w bibliotece Dziadka, kiedy mówisz - chodź, idziemy zapalić, chociaż wiesz, że najchętniej zmusiłabym się do rzucenia, kiedy Twój pies kładzie się na moją nogę, kiedy Giewont zachodzi mgłą, a ja to wszystko widzę z balkonu i mogę dotknąć dłonią, kiedy krzyczysz jak poparzony, bo ja Cię złośliwie gilgoczę, kiedy używasz słów, które tylko nam są znane, kiedy opowiadasz o historii i znasz odpowiedź na każde pytanie, kiedy wąchasz książki i najchętniej każdą napotkaną zabrałbyś do naszego miejsca, kiedy ja nie muszę udawać i mogę robić przy Tobie wszystko, kiedy zawsze całujesz po przebudzeniu, kiedy zasypiasz obok, kiedy przeklinasz, cieszysz się, kiedy jest Ci najlepiej, kiedy pokazujesz mi świat.
Nie wierzyłam, że tak może kiedyś być.