Widzisz te wszystkie światła i wiesz już, że miasto oddycha razem z tobą. Zapalone ulice wyznaczają miejsce w twoim świecie bez znaczeń. Zatruwasz się toksycznymi oparami z przestrzeni i ludzi. Pędzące tramwaje, sensacyjne opowieści w pubach, nieprzespane noce, przegrane zakłady. Zdajesz się bywać pośród zamętów, kłamstw, ostateczności..
Jest ci niedobrze, czujesz żółć, która pochodzi do gardła. Dławisz się własnym niespełnieniem i jednocześnie zwracasz na powierzchnie ten niedosyt.
Ostatnio tworzą cię sprzeczności, które wyznaczają bieguny twojego ciała. Odpychasz się, przyciągasz, jesteś i nie umiesz być ze sobą.
Wyobrażasz tylko ciepło i łagodność, swobodę myśli i uczucie ulgi. Skupiasz w soczewce plany, które rozproszone leżą daleko. Jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, tyle jeszcze możesz zauważyć, wyobrazić i połknąć. Potem znowu zwracać i krzyczeć, że to była dawka śmiertelna. Kiedyś na pewno dowiesz się jak to jest przekraczać granice.
niedziela, 26 lutego 2012
sobota, 18 lutego 2012
dwanaście tysięcy księżyców
No wiesz, chodzi o to żeby zagrało. Żeby było dobrze milcząco i głośno. Żebyś konał czasami z dzikiego śmiechu i płakał jak małe dziecko. Żebyś też zatykał uszy, gdy mówię te wszystkie bzdury. No przecież nie musisz znać biografii Norwida i przebiegu choroby serca Poświatowskiej. Nie musisz też mówić wierszem i znać rodzaje rymów. Nie musisz klękać nad alegorią średniowiecznej śmierci. (Tylko żebyś zeskrobał ze ściany resztki moich emocji.) No przestań, przecież nie musisz czytać Tatarkiewicza! Daruj sobie też biogramy Modernistów, możesz ewentualnie podziwiać Bergmana - artystę geja. Współcześni poeci? Pierdol ich. Znasz chyba trzy języki a ze mną nadal nie umiesz rozmawiać! Jesteś w środkowej części mózgu, osadzony na trwałe jako żywa imaginacja. Posłuchaj tylko: masz sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, szerokie ramiona - no wiesz, takie jak półki mojej biblioteki, zielone oczy (koniecznie!), brodę - nie śmieszny zarost trzy dni 'hodowany', tylko prawdziwą BRODĘ - możesz nią drapać. Masz dłonie duże i zgrabne - takie, które obejmują swobodnie moje piersi. Numer buta? 46. Czy Ty słyszysz co ja do Ciebie mówię? Tak, noś koszule w kratki, czarne golfy i zielone zamszowe buty. Pal papierosa i chowaj zeszyty do skórzanej brązowej torby. Możesz przeklinać. Płać rachunki w terminach. Pij czerwone wino i wódkę. Masz dobrze jeździć samochodem i wspinać się na Rysy. Mów głośno i wyraźnie. Trzaskaj piorunami, gdy marudzę jak bachor. Przytulaj mnie, gryź, dotykaj, przygniataj, drap. Nie dawaj mi się pogrążać w tych bezbarwnych myślach i zabierz mnie tam gdzie można zobaczyć dwanaście tysięcy księżyców za jedną księżycową noc sprzed lat.
Zaklinam Cię jak mistycznego Słowackiego.
Zaklinam Cię jak mistycznego Słowackiego.
piątek, 17 lutego 2012
Ty
Chodź ze mną w góry. Ruszmy tam razem i zostawmy marności. Wspinajmy się wysoko - tam gdzie kuszą zapachy i przemawia cisza. Poddajmy się naszym wspólnym pragnieniom i marzeniom o nieśmiertelności. Jest nam dobrze w naszych skórach, w naszych myślach, w naszych niepohamowaniach. Wędrujmy razem milcząc. Obok siebie. Przybliżajmy się w momentach osiągnięcia szczytu. Całujmy swoje spocone dłonie. Dzikość pomaga nam dziś przetrwać - wśród drzew. Jesteśmy już prawie nasyceni. Został już tylko kawałek tej drogi. Nie oglądaj się za siebie - chyba żeby spojrzeć na mnie. Dotykasz moich myśli, bardziej nie mogę już być twoja. Dlatego ta przygoda tak mnie wciąga, tak pochłania. Jesteś monumentalny, jak ta skała którą razem mamy zdobyć. Masz szerokie ramiona, którymi opowiadasz mi świat. Zabierasz mnie w dzikość, nienaruszoną przestrzeń - wolną od kłamstwa i walki. Mam wrażenie, że jesteśmy tu sami, że nic - oprócz nas samych, nas nie dotyczy. Dlatego tak mi tu dobrze, bo jesteś silny i dajesz mi pewność, że nie spadnę nagle z wysoka. Wiem, że złapiesz mnie za rękę i przyciągniesz do siebie. Ja zostanę.
sobota, 11 lutego 2012
Światło
Praga pachniała wtedy nocą - mieszaniną ludzi, słów i gestów. Ulice były brzoskwiniowe - tak je zapamiętałam, jak na fotografii. Myśli błądziły od chodników po most - zawieszony ponad nami. Dzisiaj - było jeszcze wtedy czasem oczekiwania. Zdezelowało się już jednak do zwyczajnej okropności. Tamte wspomnienia dopuszczają jednak do życia szaleństwo i bieg ku racjom - przyjaźni, szczęścia, przygody, satysfakcji. Wąskie uliczki, śpiewy w wielu językach, Salvador Dali, piwo i Kafka. Czułam, że dotykanie świata ma jakiś sens pomieszany ze zdziwieniem. Tak dużo było wtedy znaczeń, tak dużo minut, tak dużo zastanowień. Opętała mnie jakaś szaleńcza siła, która wyrazić mogła się tylko w tym co widzę.
piątek, 10 lutego 2012
Zimno
Zimno mi. Bo spadł śnieg, bo tramwaj się spóźnił, bo otworzyli okno, bo nie wypiłam herbaty przed wyjściem z domu, bo zawsze mam dłonie do których chyba krew nie może dopłynąć, bo nie mam ciepłych rękawiczek, bo rozbolała mnie głowa, bo czytanie tych setek stron mnie wykańcza - a tu jeszcze tyle do zrobienia, bo to, bo tamto, bo telefon, bo wiadomość, bo śniadanie, bo cholera szlak trafia, bo Ty, a raczej bo (nie) Ty.
Aśka dziś patrzyła na książki, (pisarzy) i zastanawiała się ile w nich opium i onanizmu. Doszłyśmy do wniosku, że dużo.
Aśka dziś patrzyła na książki, (pisarzy) i zastanawiała się ile w nich opium i onanizmu. Doszłyśmy do wniosku, że dużo.
czwartek, 9 lutego 2012
Widmokrąg
A kiedy jej się pojawiały te nawroty przykre, kiedy zaczynała się wymykać sama sobie, musiałem ją trzymać mocno, chronić musiałem, bo w tych okresach mogła się poobijać o powietrze, w tych okresach jej się ziemia usuwała spod nóg, trzeba było tulić ją, lekarstwa niepostrzeżenie w soku rozpuszczać, tulić ją, tłumacząc, że wszystko jest w porządku miłosnym dla nas raz na zawsze ustalonym, tulić ją, z ust do ust ten sok psychotropowy podstępnie przelewając, tulić ją, zapewniając, że byliśmy, jesteśmy i będziemy, że to się dzieje naprawdę, tulić ją, a potem czuć, jak w niej napięcie słabnie, jak się rozładowuje źródło histerii, jak mięknie mi w ramionach i wierzy już bezgranicznie w moje słowami tulić ją, kładąc na tapczanie, tulić ją wzrokiem, oddalając się do przedpokoju, sięgając po słuchawkę i wybierając numer lekarza, tulić ją myśląc, szepcząc psychiatrze, że to znowu wróciło, opisując podaną dawkę i oczekując instrukcji, tulić ją oddechem ulgi, kiedy lekarz przypominał, że z tego się nie można wyleczyć, ale z tym się można nauczyć żyć, jeśli się ma opiekę, a potem tulić ją kocem i raz jeszcze sen sprawdzić, bo jeśli ów sen syntetyczny jej się pod powiekami miotał, zwykłem całować jej powieki, póki drgać mi pod wargą nie przestały.
-Widmokrąg, Kuczok
W takich literackich momentach brakuje oddechów i słów. Bo te własne chowają się w zawstydzeniu, długo nie mogąc znaleźć odpowiedniej drogi. Jesteś często uwięziony w tym co lubię nazywać (bez)znaczeniem. W relacjach z ludźmi też wszystko jest często (bez)znaczeniem. I czujesz, że brakuje Ci siły na to by dać z siebie coś jeszcze. Wymykam się więc sama sobie, chcąc dogonić to co sama (na)wyobrażam, co (na)bałaganię. Potem mnie ktoś musi zbierać w całość, bo przecież cierpię na chroniczne zapalenie emocjonalnego mięśnia. Nie pomaga dawka alkoholu, który niweluje bóle (do)wewnętrzne. Krzyczy tam przecież nadal to co (na)bałaganię, leży odłogiem pomiędzy jednym a drugim układem. Literacka terapia kończy się zwykle zawałem podświadomości - jak teraz. Widzę i dostaję tylko Gnój, więc wyszukana metaforyka nie znajdzie tu miejsca. Ludzkie emocje to wytarta szmata, stara i dawno nieużywana. A mi jest z tym źle, bo plączą mi się zmysły i pewnie dlatego widzę niebieskimi oczyma tysiące moralnych upadków. Jest niebezpiecznie między ludźmi, jest śmiertelnie niebezpiecznie gdy pokazujesz im chociaż ułamek prawdy. Nie chcę jednak budować szczelnego pancerza. Gdyby łatwiej byłoby się wyspowiadać ze słów, które walczą - pewnie byłabym już mistrzynią świata, kobiecym imperatorem.
poniedziałek, 6 lutego 2012
a.
Może mi się dziś
podporządkujesz? W kole w kwadracie i w trójkącie. Będziemy tam razem istnieć,
bo przecież razem łatwiej – przynajmniej tak dziś mi się wydaje. Moje życie i
moje dwadzieścia jeden lat. Czasami brzmi poważnie, wolę jednak śmiech. Niewiele umiem opowiedzieć o tym co widzę, bo ja nie widzę – ja wyobrażam.
Lubię zapędzać się pod ścianę i krzyczeć, bo przecież tam dalej już iść nie
można. Mogę też udawać, że przyzwyczaiłam się do tego swetra, bo pachnie już
tylko proszkiem do prania, że nauczyłam się nowych piosenek słuchać, że
odechciało się już myśleć o zielonej herbacie. Silnie potrzebuję rozmów z
ludźmi, bo to tworzy te moje dwadzieścia jeden. Lubię się odurzać literackimi
miłościami – nie tylko fikcyjnymi postaciami przemycanymi w słowach, ale
miłościami tych ludzi, którzy trzymali długopis. Ciekawe jak kochali, ci którzy
tak potrafili odczuwać rzeczywistość, jak dotykali, jak wyrażali. Może im się
słowa z uczuciami myliły? Dziś chyba ciężej jest mi samej – ciężej niż zwykle. Złapałam
drugi oddech i mam więcej czasu na myślenie. Mówię w pierwszej osobie – to oznaka
odwagi. Lubię słuchać i czytać mądrych ludzi. Chcę się Tobą najpierw
zainspirować, potem z Tobą rozmawiać – miłość to tylko skutek uboczny mojego
szaleństwa.
Nie wiem, może jednak umiem być. Może nawet umiem z kimś.
Tęsknie do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknie z fotela na fotel obok, w teatrze czy kinie, tęsknie z Pragi na Kępę, z łóżka w którym leżę - (..) na szerokość kołdry, która okrywa nas oboje, też potrafię tęsknić do Ciebie - przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz, i przez schody, po których idziesz do mnie, i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do Twojego.
Przybora do Osieckiej tak pisał.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)