piątek, 14 grudnia 2012

mam wrażenie, że za bardzo wychodzę ze sobą do innych, obcych i tak silnie jak ja  rozlinkowanych. internetowo. może kiedyś sobie wybaczę, że buduję coś bez korzeni. 

majus pierwszy raz w życiu wydaje mi się obcy i zimny. (?) tak jak Poznań. 

środa, 12 grudnia 2012

A właściwie wszystko co tu jest, każde słowo i każde tchnienie, każda prawda i każda emocja jest spowodowana katastrofalnym brakiem bliskości, który już w tym momencie rozlany jest we mnie całej. Stwarzam siebie z braków, a słowa pomagają mi trwać.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

nocne jęki w koronkach

chciałabym kiedyś ochrzcić to miejsce innym imieniem niż samotność. i podziękować ci jednym, wyraźnym słowem, dopowiedzianym, bez metafory okalającej zniszczenia mojego środka. 
nie lubię czytać o słodkich porankach pachnących kawą i ciepłą z każdej strony poduszką. 
znowu mam zimne stopy i dłonie, chyba pozbywam się zakończeń nerwowych. 
jest mi wstyd za moje nastroje. 
w dodatku - być może przekonam się do Gombrowicza, a to zapewne trwale naruszy fundamenty mojej literackości. 

piątek, 7 grudnia 2012

nocne lęki w koronkach

rodzisz się w wielkim trudzie myśli. każdego ranka to krwawa ofiara a każdej nocy bolesne niezasypianie. jest obficie od całości ciebie, której nigdzie nie ma. próżno szukać nawet marnej części, odgłosów, albo literackich tropów głośno zakrzyczanych. jest też gęste powietrze otulone albo stwarzane ze smutnej poświaty zielonkawego światła, które jako jedyne i autonomiczne zwierze, stwarza w tym pokoju intymność. nie ma jej w istotach cielesnych, więc przeniosłam ją na martwe przedmioty, które ożywiam palcami na swoje własne potrzeby przebywania właśnie w tym miejscu. bije mnie po głowie literatura, która przykro wsiąka z każdym miesiącem mocniej i odważniej, cieknie bladym strumieniem niewiary i dokańcza wielkiego dzieła niszczenia moich zmysłów, które chyba zaczynają umierać, albo poszły na wielki cmentarny marsz ku pokrzepianiu innych. wszystko co ważne jest albo w muzeum moich wyobrażeń o sobie albo jeszcze w ogóle się nie narodziło. drażni mnie wszystko co jest podwójne, boli mnie wszystko to co nie krąży samotnie wokół mnie, co nie płacze i co się nie dusi z zatroskań i lęków nocnych.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

chciałabym abyś okazał się moim miejscem takim które zawsze mogę dotknąć
nawiedzać swoją smutną obecnością
i takim które mogę objąć zatopić się w nimi zatrzymać powoli tak abyś nie stracił żadnego oddechu

chciałabym abyś spróbował mnie poznać od końca od pleców po obojczyk od stóp po brzeg czoła od pierwszego słowa które nieśmiało chcę wypowiedzieć.

wtorek, 27 listopada 2012

to tylko bezosobowe tchnienie. umysł, który zapłodniła samotność. wariacja na temat roli czasu i miejsca w którym lubimy zastygać raz i na zawsze. i gdy między dłońmi pojawia się nitka, którą łączy cię z momentem z przeszłości - wszystko domaga się odbicia na szarym papierze o ostrych końcach. tak bardzo jest nam wtedy blisko do siebie mimo czasu i drogi, która nas dzieli, wielkich kosmicznych przestrzeni. lubię to widzieć jako kosmos, kategorie trwania w długim spadaniu w dół. bez bezpieczeństwa.  bez potrzeby uderzania w siebie nawzajem. bo już nie trzeba, bo już się stało.

 i widzimy siebie na dwóch osobnych końcach, żeby odpocząć i pooddychać powietrzem, które jeszcze między nami zostało.

niedziela, 25 listopada 2012

chodź, chodź tu. chcę cię mieć. chcę mieć blisko twoje dłonie i stopy w łóżku obok, żebym nam razem ciepło było i błogo. zatrzymaj się na progu pokoju już na zawsze, żebym wiedziała, że zawsze będziesz wchodził. chodź, chodź, do łazienki chodź, umyje ci plecy i pocałuję w obojczyk. chodź, chodź, do kuchni, zrobiłam obiad dla ciebie a teraz cię nakarmię, jak małe dziecko. chodź, chodź, będziemy rozmawiać długo o wszystkim. chodź, chodź, żeby zneutralizować smak mojej skóry. chodź, chodź, zdejmij ten ciepły sweter na zimę, bo ja już przestałam się wstydzić naszej nagości.