kaleczę przestrzeń ostrym narzędziem. krzyczę. krzyknij razem ze mną. zamykam kolejny rok. boję się podsumowania. boję się prawdy. boję się ciebie. i tego, że kolejna zima minie bez zapełnionego zeszytu, bez dreszczy, zdjęć i zagłuszonego oczekiwania.
plastyczne powietrze i plastyczność skóry to chyba moje największe tęsknienie. i mleczna konsystencja wszystkiego co otacza. jak ciepła poduszka i zamglone światła po drugiej stronie ulicy. oświetlony kościół i parapet brudny od smutnego popiołu z papierosów, które grają zwłaszcza wtedy gdy jest czas na wywracanie siebie do góry nogami. po drugiej stronie ktoś zupełnie inny układa swoją przestrzeń - a ja patrzę bezmyślnie na świat, który kurczy się pod naszymi powiekami do rozmiarów ziarenka słonecznika. i słyszę wszystkie słowa i widzę wszystkie momenty. jestem chwilowo tylko rozebrana i bezbronna. jak dziecko szukam schronienia i ciepłej ręki, którą mogłabym złapać, przypiąć się i wracać za każdym razem po coś innego. skończmy się spowiedzią bez rozgrzeszenia.
Nie czas na podsumowania!
OdpowiedzUsuń