Świadomie śnienie
zaczyna się w momencie pobudki, gdy zakładasz sobie na głowę wianek z
porozrzucanych myśli. O ścianę odbija się twoje wspomnienie, z poprzedniego
lata zimnego jak płyny ustrojowe bez akceptacji. Pewnego dnia, uświadamiasz
sobie lęk znikania przed światem. Zatrzymanego powietrza, które rozwala na
płaszczyźnie przypadkowości twoje zmartwiałe ramie. Obojczyk czule zakorzenia
się pod konstrukcją z oddechów, nieskładnych pojęć i wytrychów rzeczywistości.
Jednomyślność obrazu z nieprzystającą do niej zazwyczaj
ucieczką myśli, pojawiła się rano po zapaleniu papierosa, kiedy zimne dłonie
ostrożnie położyły się same na twoich plecach, a że stałeś przede mną, to
widziałam i ciebie i przestrzeń znikającego obrazu – kościół jak z pocztówki i
brudne blokowisko po drugiej stronie, wewnątrz ludzie chodzący po swoich
śladach. Przylepione do twarzy chłodne policzki; z dnia na dzień lato zmieniło
się w zimę, a nawet w grudzień, a to już jest katastrofa, której nie można
ocalić.
Miłosz, śpiewał o tym, że innego końca świata nie będzie, a
ja mam poczucie tożsame z jego słowem. Każda godzina jest naszym prywatnym
końcem świata, harmonią zmysłów, zdradą fizjologii. Przyległość może zostać nam
obiecana, ale czy uda się pogodzić obcych z zapachem wrzosów na pustej, leśnej
drodze?
Dlatego wszystko może być nowe, bo jest nowym już od
korzenia. Śniłam bliskość i tęsknotę – łącznie wyszedł z tego człowiek o twarzy
wilka, który ma ciepły głos i lubi zakładać zielone okulary, albo zielone oczy.
Odsłonięte zasłony przystawały do mojego wyobrażenia o
jutrze, a potem na chwilę zaświeciło słońce.