Nie potrafię już przywoływać w pamięci tego ciepła. I dłoni na mojej kostce, która była tam tak bardzo krótko, że właściwie mogło mi się wydawać. Nie potrafię wyobrażać sobie, jak to jest nie zasypiać samemu. Nie potrafię wytłumaczyć sobie prosto, racjonalnie, rzeczowo, że życie bez ciepła uczyć skierowanych w moją stronę ma wartość. Szlachetne inicjatywy, rozmowy z ludźmi, którzy potrafią rozmawiać, wartości, które staram się zmaterializować, intelektualny postęp, praca nad sobą, codzienna dbałość, kupowane książki, sekwencje małych kroków, irracjonalność zapitych nocy, próba kolekcjonowania zdjęć, smutnych piosenek. Nic. Rzyganie tu swoim nieudanym życiem emocjonalnym, cholernym brakiem akceptacji, sprawia, że jest mi ze sobą z dnia na dzień gorzej. Wszystko to paraliż oczu, na nic słowa o dobroci i wartości. Nie mogę już przetrawić tych życzeń z każdej okazji, o jednej treści. Ciepłych, ale mdłych. Gdy powtarzam
nie wierzę, widzę tylko politowanie, bo przecież to strasznie niedojrzałe, mówić tak w tym MŁODYM, PIĘKNYM, RADOSNYM wieku. Trzy lata studiów rwą się jak pajęczyna. To kruchy czas, który sprowadza się do tęsknienia. Jedno łóżko, jedna ściana, ten sam koc, którym raz jeden przykryły mnie inne dłonie. A najbardziej dotkliwy jest ruch wszystkiego wokół. I kontrast wrastania w coś bez wartości. Jeśli dodać do tego przypadkowość szczęścia, które czasami przecież może się nie wydarzyć, to może lepiej gdyby Ziemia znajdowała się jednak w innym miejscu.